niedziela, 2 lutego 2014

Słomiany zapał i pasja pisania

Jak zawsze próbowałam sobie wmówić, że "tym razem będzie inaczej". I skończyło się jak zwykle.
Nie z powodu braku pomysłów, problemów ze skleceniem kilkunastu zdań czy upadku cywilizacji. Po prostu możecie nazywać mnie mistrzem słomianego zapału.

Jednak w mojej życiowej teorii, jest miejsce na zdanie "wszystko dzieje się po coś" i tak też było tym razem. Od poprzedniego wpisu stworzyłam już 8 postów. W wersjach roboczych oczywiście. Pierwszego stycznia, kiedy kończyłam kolejny, który nigdy nie został (i nie zostanie) opublikowany, postanowiłam, że każdego dnia będę siadać i pisać 2 strony tekstu. Bez zastanawiania się, bez sprawdzania czy interpunkcja jest w dobrym miejscu, czy styl jest do przyjęcia, czy też nie ma tam głupot.

I właśnie wtedy odkryłam coś, co kilka osób tłukło mi od dłuższego czasu. POWINNAM PISAĆ. 

Powinnam robić to każdego dnia, cieszyć się z pojedynczego słowa, które wpasowało się idealnie w zdanie. Wiecie, siadałam, otwierałam Worda i po prostu wystukiwałam na klawiaturze niezliczone ilości literek (ok, wiem, że można to policzyć). Nie myślałam o tym co piszę... to trochę jakby moje palce same decydowały o tym, co tam się znajdzie.
Moim największym marzeniem (poza prowadzeniem własnej kawiarni) od zawsze jest wydanie książki. Dlatego są takie dni, kiedy odpalam przeróżne foldery z tekstami, które pisałam sama do siebie i... czasem zastanawiam się czy to na pewno jest praca mojego autorstwa. Ostatnio, gdyby nie dokładne śledztwo przeprowadzone na dokumencie, nie pamiętałam ani jednego słowa z otwartego kilka chwil wcześniej pliku. Nawet styl pisania był jakiś taki... niepodobny. Zdradziły mnie jednak imiona postaci i... fakt, że dokument stworzono na moim komputerze w czasie, kiedy nikt poza mną nie miał do niego dostępu.

W takich momentach uświadamiam sobie, że pisanie od zawsze ratowało mi dupę. Kiedy nie umiałam powiedzieć komuś o moich uczuciach - pisałam list. Kiedy nie potrafiłam powiedzieć, jak ważni są dla mnie przyjaciele - pisałam do nich list. Kiedy jestem na kogoś zła - piszę do niego list, którego nigdy nie wysyłam. Kiedy nie wiem o co mi chodzi - rozmawiam ze sobą poprzez pisanie. Hej, przecież zostałam dziennikarką-amatorką. Prowadziłam milion blogów, na których było sporo całkiem niezłych tekstów (skromność). Pisałam pamiętniki w dzieciństwie, w których pozbywałam się złości i żalu.
Jeśli ktoś, kto rozmawia ze mną za pomocą jakiejkolwiek formy tekstowej (czat, sms itp.), robi to w fatalny sposób, popełnia niezliczone ilości błędów albo skraca wyrazy (np. bd, Cb), nie ma szans na jakąkolwiek znajomość ze mną. Wiecie, to nie tak, że wymagam nienagannego stylu - bo każdy ma swój. Sama umyślnie popełniam błędy lub tworzę nowe wyrazy, bo taka już jestem. I są osoby, które złapawszy mnie na błędzie ortograficznym triumfują kilka dni, przypominając mi o tym ze szczególną radością.

Chciałabym, żeby ten post nie był jedynym w tym miesiącu.
Tylko wiecie... ja naprawdę wielu rzeczy chcę. A wystarczy dobra kawa, znajomi i nagle okazuje się, że nie potrzebuję niczego więcej :).


Do usłyszenia, mam nadzieję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz